DZIEŃ PIERWSZY
„Puk, puk” – Już o świcie słyszę pukanie do drzwi.
Kto to może być?
- Proszę. – Mówię i w drzwiach pojawia się Hans.
- Witaj. Jak się spało?
- Dobrze, bardzo tu wygodnie.
- Gotowa na wspaniałe trzy dni?
- No pytanie.
- Zaczniemy od… Za godzinę czekam w Sali tronowej. – Hans zamyka drzwi i słyszę jak odchodzi. Wstaję z łóżka i idę w stronę szafy. Wyciągam z niej nową sukienkę, buty i tiarę. Do Sali tronowej schodzę pół godziny przed czasem.
- Jesteś już? – Słyszę głos zdziwionego Hansa.
- Tak. Już jestem gotowa.
- Wyglądasz przepięknie.
- Dziękuję… Idziemy?
- Ahhh… Yyy… Znaczy… Tak.
- Panie – właśnie przychodzi pokojówka – powóz już czeka.
- Już idziemy. – Hans na mnie spogląda i daje znak, że musimy już iść. Teraz idziemy w stronę wyjścia. Książę otwiera mi drzwi. Wychodzę, a tam stoi przyczepa ciągnięta przez starego osła.
- Nie, nie, nie! – Hans tak nagle się zaczerwienił. – Miała być złota karoca ciągnięta przez najlepsze konie w królestwie, a nie przez jakiegoś osła!
- Hans… - Staram się wtrącić.
- I miał być woźnica ubrany na złoto, a nie jakiś farmer, który przyjechał z pierwszego lepszego gnojowiska!
- Hans. To wystarczy.
- Niech już będzie, ale następnym razem już nie będę taki dobroduszny!
- Hans!
- Dobra, już dobra. No i jak do tego wejść!? Żadnych drzwiczek, schodów, NIC!
- HANS! Daj spokój, wszystko będzie dobrze. Na pewno będzie super, nawet w tej przyczepie.
- No dobrze. Chodź, pomogę ci wejść. – Hans łapie mnie za biodra, dźwiga i wkłada do przyczepy, a następnie sam do niej wchodzi. – Możemy jechać.
- Wio! – Tymi słowami woźnica zapędza osła.
- Hans, wiem że jesteś wściekły, ale pomyśl. Jesteśmy razem, jedziemy przez piękny las…
- Przez las?! Jedziemy nad perłowe jeziora, a ta droga nie prowadzi przez las! Woźnico! Gdzie my jedziemy?!
- Na śmierdzące bagna. – Odpowiada woźnica z obojętnym głosem.
- No pięknie…
- Nie załamuj się. – Próbuję pocieszyć Hansiątko. – Nie będzie tak źle.
- Może masz rację…
- Opuścić pokład! – Woźnica przerywa rozmowę. – Topimy się!!!
- Gdzie? Wszędzie błoto.
- Diana! Tam jest Skała! – Hans bierze mnie na ręce i przeskakuje na skałę. – Udało się? – Hans ze zdziwieniem patrzy raz na mnie, a raz na ohydnie śmierdzące bagno.
- Hans… Jak wrócimy do zamku?
- Nie mam pojęcia.
- Ja chyba wiem jak. – Wyciągam ręce w stronę błota.
- Co ty robisz?
- Błoto to woda i ziemia. Jeżeli uda mi się chociaż trochę odsunąć wody, będziemy mogli przejść po suchej ziemi. – Udaje mi się, a około dziesięć centymetrów błota zostaje. – Idziemy.
- Dianaaa… Czy to bezpieczne?
- Idziemy!
- No dobra, dobra. – Połowa drogi. Hans jakoś się niepokoi.
- Coś jedzie.
- Han… Aaaaaa… - Hans popycha mnie na bok, a zza zakrętu wyjeżdża inna przyczepa, a błoto z dwóch stron spada na naszą ścieżkę.
- Przepraszam, Hans. Powinnam cały czas panować nad błotem.
- Nie... – Hans ledwo się wynurzył. – To ja cię pchnąłem.
- Spróbuję jeszcze raz. – Wyciągam ręce, a błoto znów się odsuwa. Dochodzimy do pobliskiej rzeki. Hans do niej wskakuje, a ja mocą zabieram strumień wody i się nią obmywam.
Wracamy do zamku. Ja idę się przebrać, a Hans gdzieś znika. Już tak późno… Kompletnie straciłam poczucie czasu…