FANDOM


Fanon-wordmark Ten blog użytkownika jest częścią fanonu Kraina lodu Wiki. Informacje tutaj zawarte mogą, lecz nie muszą pokrywać się z wydarzeniami z filmu. Mogą jednak zawierać spoilery.

Logo AeR

W stolicy Południowych Wysp nastał kolejny dzień. Promienie czerwcowego słońca przedzierały się przez tani materiał firanki i oświetlały niewielki pokój oraz twarz Nicoletty. Dziewczyna irytowana padającym na nią światłem słonecznym przewróciła się na drugi bok, mrucząc coś pod nosem. Nigdy nie należała do rannych ptaszków i nic nie było w stanie tego zmienić, o czym w ciągu minionych dni mógł przekonać się jej gospodarz.
            Znienawidzony przez nią zapach kawy niosący się z kuchni delikatnie drażnił nozdrza panny Artan, wreszcie zmuszając ją do opuszczenia łóżka. Nicoletta z cichym ziewnięciem postawiła stopy na chłodnej posadzce i wstała, przeciągając się. Przeczesując palcami swoje czarne włosy udała się do kuchni.
            – Jaime, czy ta kawa musi pachnieć aż tak intensywnie? – zapytała wchodząc do pomieszczenia i oparła się bokiem o futrynę.
            Mężczyzna odwrócił się w jej stronę i obdarzył czarnowłosą delikatnym uśmiechem.
            – Owszem, musi, bo tylko to jest w stanie wyciągnąć cię z wyra, moja droga Coletto.
            Dziewczyna przewróciła oczami po czym podeszła do kuchennego okna i otworzyła je.
            – Wysiliłbyś się na ciekawsze sposoby budzenia śpiącej kobiety – dopowiedziała, odwracając się w stronę blondyna.
            – Na przykład jakie…? Masz coś konkretnego na myśli?
            – Pomyśl trochę, wbrew pozorom nie jest to czynność zagrażająca twojemu życiu lub zdrowiu.
            Jaime nic nie odpowiedział. Czyżby ostatnie zdanie miało być swoistą aluzją do przyjęcia jej pod swój dach? Jeżeli tak, to była całkiem trafiona. Kiedy pewnej deszczowej nocy Artanówna zapukała do jego domu w męskim przebraniu, bez zastanowienia wpuścił ją do środka i pozwolił zostać na noc. Następnego dnia pożyczył jej sukienki, które zostały na strychu po jego starszej siostrze Sylvii i ponownie ją przenocował. I tak od dwóch tygodni. Nie myślał nad ewentualnymi konsekwencjami, gdyby ojciec Nicoletty dowiedział się o jej miejscu przebywania niewątpliwie doszłoby do awantury, a pozostali mieszkańcy Nasturii zaczęliby snuć domysły szkodliwe dla dobrego imienia młodszej córki państwa Artan. Usprawiedliwiał się tym, iż oprócz niego Coletta nie ma nikogo innego, mogącego przyjąć ją do domu bez przesłuchań, podejrzeń i krzywych spojrzeń. Z drugiej zaś strony powątpiewał, żeby była do takiej aluzji zdolna. Ostatecznie uznał, że poddał jej słowa zwykłej nadinterpretacji.
            – Wezmę twoje słowa pod uwagę i postaram się przygotować nowy sposób pobudki jak najszybciej, milady – odparł wreszcie.
           
            Śniadanie minęło im w ciszy, bowiem obydwoje byli pogrążeni we własnych myślach, nieskorzy do dzielenia się nimi z towarzyszem. Milczenie, stające się coraz bardziej niezręczne, zostało przerwane przez Nicolettę dopiero po skończonym posiłku.
            – O której kończysz? – zapytała powoli obracając w dłoniach kubek, w którym jeszcze jakiś czas temu znajdowała się herbata.
            – O jedenastej, mam dwie lekcje pod rząd. A czemu pytasz? Wcześniej nie interesowały cię moje godziny pracy – odpowiedział Jaime, dopinając ostatni guzik koszuli. 
Dzięki wieloletniej przyjaźni, czuli się w swojej obecności na tyle swobodnie, że młody nauczyciel mógł siedzieć przy Artanównie w koszuli zapiętej na cztery z siedmiu guzików, a ona przy nim w koszuli nocnej bez skrępowania.

– Tak sobie pomyślałam, że skoro mamy piątek moglibyśmy zebrać ekipę i pojechać nad jezioro, jak za dzieciaka. – mówiąc to, dziewczyna podniosła wzrok na swojego rozmówcę i uśmiechnęła się delikatnie. – Dawno tam nie byliśmy – dodała po chwili.

            Blondyn wyjrzał przez okno. Pogoda zapowiadała się na całkiem ładną, a koniec roku szkolnego zbliżał się wielkimi krokami, pozwalając mu tym samym na odrobinę rozluźnienia po nauczaniu nasturiańskich dzieciaków kaligrafii i czytania. Skinął głową.
            – Przekażę twój pomysł Grecie, kiedy przyjdzie po Iris do szkoły. Jak znam życie będzie chętna, a Erwin nie będzie w stanie jej odmówić. Innymi słowy, niech ci będzie, Artan – rzekł, odwzajemniając uśmiech przyjaciółki.

            Kolejna taca ze śniadaniową breją o nieznanym Nicolecie składzie znalazła się w ostatniej zajętej celi, co oznaczało koniec pierwszej zmiany w lochach. Roznoszenie posiłków skazańcom nie było może najbardziej haniebnym i niewdzięcznym zajęciem, aczkolwiek mało kto chciałby na co dzień obcować z kryminalistami, w dodatku za psie pieniądze. Artanówna unikała w rozmowach tematu swojego zatrudnienia jak mogła, wstydziła się, że przez swoje niskie wykształcenie jest zdolna jedynie do czegoś takiego.
            – No i fajrant… – powiedziała cicho do siebie, odchodząc w stronę wyjścia z lochów. Kiedy mijała wąski korytarz prowadzący do najbardziej odosobnionej celi, w której dotychczas nikt nie rezydował, przystanęła zaintrygowana dobiegającymi z tamtej strony męskimi głosami. Dwa z nich udało jej się rozpoznać, należały one do strażników więziennych - Larsa i Josefa - jednak był jeszcze jeden, z którego identyfikacją Nicoletta miała problem. Niepewnym krokiem ruszyła przez korytarz w stronę mężczyzn. Głosy stawały się coraz wyraźniejsze, skręciwszy w lewo zobaczyła sylwetki ich właścicieli w słabym świetle lamp. Chrząknęła.
            – Nico! Dobrze, że jesteś, właśnie chciałem po ciebie iść – powiedział Lars, odwróciwszy się w jej stronę. Czarnowłosa podeszła bliżej.
            – Cześć. Mamy nowego? – spytała, wskazując kciukiem na zamkniętą celę.
            – A jak myślisz? No jasne, że tak. W dodatku nie byle kogo – odpowiedział drugi strażnik.
            Nicoletta przegryzła delikatnie dolną wargę. W jej głowie zaczęły się kłębić różne myśli odnośnie tożsamości więźnia i jego zbrodni. Rzuciła pytające spojrzenie najpierw Larsowi, potem Josefowi. Nie doczekała się odpowiedzi, strażnicy jedynie ją wyminęli, rzucając jej wcześniej klucz do celi.
            – Jedzenia mu teraz nie donoś, za bardzo się szarpał – rzucił na odchodne Josef i wkrótce zniknął ze swoim towarzyszem za zakrętem.
            W lochach nastała głucha cisza. Coletta stała jak słup soli i ściskając w dłoni klucz gapiła się na bardzo słabo oświetloną postać siedzącą w rogu. Wchodzić czy nie wchodzić? Zdecydowała się na pierwszą opcję. Drżącą dłonią umieściła klucz w dziurce i przekręciła go. Zamek szczęknął i weszła do pomieszczenia, ostrożnie stawiając kroki na posadzce. Więzień ani drgnął. Odległość między nimi była coraz mniejsza. Nicoletta wzięła głęboki wdech i delikatnie położyła dłoń na ramieniu skazańca. Ten momentalnie wstał, odwrócił się przodem do czarnowłosej i mocno trzymając za ramiona, przygwoździł ją do zimnej, kamiennej ściany.
 

~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~

Dzień dobry na wieczór!

Przybywam z pierwszym rozdziałem "Aurum et Roses" (no shit Sherlock...). Już ten rozdział różni się od oryginału,a to dopiero początek... >_>

Hm... Wiecie co? Będę wredna i zadedykuję cały fanfikszon dwóm użytkownikom:

Venae HankyPanky13 (mam nadzieję, że się nie obrazicie... ;_;)

No, to to by było na tyle. 

Hasta la vista!

Treści społeczności są dostępne na podstawie licencji CC-BY-SA , o ile nie zaznaczono inaczej.