FANDOM


Epilog

Jesienna aura powoli przejmowała władzę nad Arendelle. Słońce pojawiało się coraz rzadziej, ustępując miejsca ponurym, szarym chmurom, które często przynosiły ze sobą deszcz. Zimne wiatry z północy powróciły z dalekich pustkowi, gdzie udały się latem, i coraz częściej hulały w świetle księżyca, przeczesując swoimi mroźnymi palcami łąki, które budziły się rankiem przykryte cienką kołdrą szronu. Gęste mgły, niczym tajemnicze, dzikie stworzenia wychodziły z głębin lasów, ośmielone brakiem słońca i osiadały nad gołymi polami, zagrodami i dachami domów. Wszędzie rozbrzmiewało preludium zimy, mającej nastąpić lada chwila, by znów wziąć we władanie swoją ukochaną północ.

Tego dnia myśli o zimie stawały się jednak bardzo odległe, gdyż słońce świeciło wyjątkowo mocno, kwiatki prezentowały swoje ostatnie kreacje, a ptaki ani myślały zamykać się w dziuplach, rozweselając koncertem smutne, tracące już liście drzewa.

Mężczyzna w kapturze szedł powoli przez las, nie zwracając uwagi ani na śpiew ptaków, ani na piękno otaczającej go natury. Wręcz przeciwnie, miał wrażenie, że nie jest tu mile widziany, gdyż co chwila jego nogi zahaczały o biorące się znikąd korzenie i potykały o drobne kamienie. Pamiętał ten las doskonale, znał jego każdą piędź, lecz teraz te same drzewa, które dawniej witały go cieniem, teraz obserwowały go uważnie, jakby wiedziały, co niósł w swoim sercu. Mimo iż spodziewał się takiego powitania, nie chciał zmierzać do stolicy główną drogą, gdyż obawiał się, że pomimo iż minęło już tyle lat, ktoś mógłby go rozpoznać. Pragnął również w jakiś sposób na nowo wzniecić wspomnienia tych chwil, które nieodwracalnie zdeterminowały to, kim się stał. Tak osobliwa pielgrzymka cierpienia musiała odbyć się w samotności.

Gdy spomiędzy spękanych, sosnowych pni wychynęły strzeliste wieże zamku w Arendelle, jego serce nagle przyspieszyło i, choć widok rozrywał wszystkie głębokie blizny wspomnień, nie spuszczał z nich wzroku. Po kilku minutach las urwał się na stromym, trawiastym stoku, z którego pałac widoczny był w całej krasie. Mężczyzna zatrzymał się i powoli ściągnął kaptur, oddychając tak ciężko, jakby właśnie wynurzył się z lodowatych głębin. Jego stalowe, martwe spojrzenie spoczęło na pałacu i przez chwilę przemknęło przez nie uczucie dojmującego smutku, zgoła niepodobne do kreatury, jaką się stał. Zaraz jednak stało się ono na powrót zimne i nieodgadnione. Mężczyzna naciągnął kaptur na głowę i ruszył w dół wzgórza.

Przybył tu tylko po to, by się z nią pożegnać.



KONIEC TOMU I

Po więcej informacji, zapraszam na mojego Wattpada: Kraina Lodu Fanfiction: Zemsta Króla Burz, Tom I

Treści społeczności są dostępne na podstawie licencji CC-BY-SA , o ile nie zaznaczono inaczej.