FANDOM


Rozdział 5 - Magia

Kristoff właśnie skończył jeść skromną kolację złożoną z pieczonej ryby, którą udało mu się złowić wczorajszego dnia, świeżego chleba, zakupionego za pieniądze, które zaoszczędził zimą oraz małego kufla mocno rozcieńczonego piwa. Teraz rozparł się wygodnie na prostym, drewnianym krześle i wyłożył nogi na stół. Prawie natychmiast zdjął je jednak z powrotem na ziemię. Anna wciąż cierpliwie starała się nauczyć go dobrych manier i chociaż wiedział, że go nie widzi, nie chciał jej oszukiwać, folgując sobie na chociaż krótką chwilę.

Sięgnął po swoją lutnię, wierną towarzyszkę, która dopasowywała się do jego dłoni niczym dłonie przyjaciela i razem upiększyli pokój pierwszym akordem spokojnej, pasterskiej melodii. Nie pamiętał jej tytułu ani nie znał słów, lecz była to piosenka, której nauczył go jego przybrany ojciec, troll Cliff, jeszcze zanim jeszcze młody Kristoff zapamiętał jak prawidłowo należy trzymać instrument.

Wybrał ten utwór, ponieważ jego kojący, rytmiczny ton znakomicie nadawał się do rozmyślań, a od kilku dni Kristoff łapał się na nich coraz częściej. Przypomniał sobie dzisiejszy poranek, kiedy to Anna bezceremonialnie wparowała do jego chatki i z szerokim, zaraźliwym uśmiechem oznajmiła, że dziś, po nocnej burzy, będzie wspaniały wschód słońca. Jeszcze niedawno to zjawisko nie było dla niego niczym niezwykłym — w zimie oznaczało, że już dawno powinien być na nogach, a w lecie, że pozostało mu jeszcze parę godzin snu. Odkąd jednak ta rudowłosa piękność wywróciła jego świat i serce do góry nogami, otworzył się na pozornie zwyczajne zjawiska, które przestały być jedynie użyteczne w codziennym życiu. Śpiew ptaków o poranku nie oznaczał już jedynie tego, że musi otworzyć oczy i iść do pracy — dzięki Annie potrafił dostrzec w nim gromki aplauz przyrody dla słońca, które nieśmiało wynurzało się zza szkarłatnej kurtyny horyzontu, a zwykły, jednostajny szmer strumienia stał się orkiestrą, wygrywającą orzeźwiającą melodię życia roślinom i zwierzętom.

Niezwykły zachwyt, jaki w Annie budziła pozornie zwyczajna codzienność, potrafił poruszyć najgłębiej ukryte struny jego serca.

Dziś jednak nie potrafił się nim cieszyć.

Wczorajszego dnia, kiedy przyszedł do tawerny na drugie śniadanie, po całym przedpołudniu ciężkiej pracy, poczuł, że coś się zmieniło. Gdy wszedł do środka, rozmowy ucichły jak ucięte nożem. Kątem oka dostrzegał nieprzychylne spojrzenia kłujące jego szerokie, zmęczone ramiona, słyszał ciche pomrukiwania, w których wyraźnie przebrzmiewało jego imię. Kiedy córka karczmarza podawała mu zamówiony posiłek, zmierzyła go nieprzyjaźnie, choć nawet siedząc przewyższał ją o głowę, po czym szepnęła zjadliwie:

— Smacznego, wasza książęca mość.

I odeszła, zostawiając Kristoffa zaskoczonego jak nigdy dotąd. Każdy kęs chleba stawał mu w gardle, jakby wraz z nimi połykał każde nieprzyjazne słowo wymierzone w jego stronę, a i tak marna herbata zupełnie straciła smak. Nie mógł już dłużej tego wytrzymać. Wstał od stołu, zapłacił i, pożegnawszy się sztywno, szybko wyszedł z tawerny, lecz już nie wrócił w góry. Poszedł do swojej chatki i mocno zatrzasnął za sobą drzwi. Zaskoczenie ustąpiło miejsca frustracji. Czuł się, jakby ktoś wlał mu za kołnierz kubeł lodowatej wody. To prawda, że dzięki staraniom Anny może był ubrany nieco lepiej średnio zamożny mieszkaniec Arendelle, lecz przecież utrzymywał się dzięki własnej, ciężkiej pracy, a nie za pieniądze z królewskiego skarbca.

Najbardziej jednak był zły na samego siebie, gdyż od kilku tygodni, do jego serca zaczęły pukać wątpliwości. To przez nie zaczął zauważać symptomy niechęci ze strony innych ludzi, które sprawiły, że znów poczuł się wyobcowany i bezwartościowy. Zdążyli już zapomnieć, że niecały rok temu, ryzykując własne życie, ocalił księżniczkę. Teraz ponownie widzieli w nim jedynie sierotę, ubogiego handlarza lodem, którego jedynym dobytkiem był renifer i sanie, a który dzięki przewrotnemu zrządzeniu losu nagle stał się bohaterem i przyjacielem korony. Co najgorsze, Kristoff pomału przyznawał im rację — przecież nie był rycerzem, który heroicznie rzucił się z pomocą damie w opresji, lecz nawet gotów był porzucić ową damę w górach, gdyby nie obiecała mu nowych sań.

Anna.

Co najgorsze, jego wątpliwości związane były również z nią. Absolutnie nie podważał tego, że ją kocha — w tym całym chaosie myśli była to jedyna pewna rzecz, skała pośród rozjuszonego oceanu. Wiedział, że jej uczucia również są szczere. Czuł to w każdym jej dotyku, pocałunku i spojrzeniu. Jednak to szalone, wzajemne uczucie było niczym toporna figurka z drewna — wykonana w szaleństwie natchnienia i przypominająca już docelowy kształt, lecz wciąż pełna sęków i skaz, które wspólnie musieli usunąć, jeżeli chcieli, by powstało coś pięknego, trwałego i wartościowego.

Księżniczka i handlarz lodem. Pałac i drewniana chatka. Ta, którą kochają wszyscy i sierota.

Jego największym marzeniem było by codziennie przychylać jej nieba i przeganiać z niego chmury do końca życia, lecz nie mógł przestać myśleć o tym, że nie jest jej godzien. Jak długo mogło to przetrwać w takim stanie? Może i Elsa w przyszłości zgodziłaby się na ich związek, lecz w tej sytuacji decyzja nie należałaby wyłącznie do niej. Baronowie i hrabiowie z pewnością nie pozwoliliby na tak skrajny mezalians i czuł, że Anna również ma tego świadomość.

Nie przeżyłby rozstania z nią i obserwowania jak pewnego dnia wychodzi za jakiegoś nadętego księcia. Nie wiedział jak, ale nie dopuściłby do tego choćby za cenę spędzenia reszty życia w lochu. Sytuacja wydawała się bez wyjścia. Mógł cieszyć się i przeżywać jak najlepiej dany im czas, albo… No właśnie. Istniało jeszcze inne, znacznie trudniejsze do realizacji wyjście, a w głowie Kristoffa powoli rodził się już szalony plan jak je osiągnąć. Jeżeliby się udało, pozwoliłby im to osiągnąć szczęśliwe zakończenie.

Jednego był pewny — dla Anny zrobi wszystko, nie zważając na to, ile niemożliwych czynów będzie musiał dokonać.

Uśmiechnął się słabo i ostatni raz uderzył w struny, pogrążając izbę w nocnej ciszy, którą przerywała jedynie co jakiś czas niewidoczna kapela smyczkowa ukryta głęboko w trawie. Był pewny, że Anna właśnie teraz wygląda przez okno swojej komnaty, zasłuchana w ten cudowny koncert świerszczy. Uśmiechnął się szeroko, wyobrażając sobie ten urzekający zachwyt bijący z jej oczu i już w nieco lepszym humorze odłożył instrument, chcąc już szykować się do snu. Przerwały mu jednak ciche porykiwania Svena, dochodzące ze stajni przylegającej do chatki. Wierny renifer codziennie przypominał mu, by nie zapomniał o kąpieli, lecz tym razem Sven sprawiał wrażenie zdenerwowanego. W tym momencie rozległo się krótkie, lecz dobitne pukanie do drzwi.

Kristoff nie miał pojęcia, kto oprócz Anny mógł o tej porze go odwiedzić, lecz przecież ta szalona dziewczyna już dawno byłaby w środku, wesoło dzieląc się z nim wszystkim co dziś widziała i słyszała. Poza tym, Sven nie reagowałby na nią tak nerwowo.

Czym prędzej dopadł zasuwki i ostrożnie uchylił drzwi, lecz gdy zobaczył, kto przyszedł, natychmiast rozwarł je na oścież.

— Wasza wysokość... — zreflektował się po chwili, starając się ukryć zaskoczenie i skłonił się nisko, co wychodziło mu coraz piękniej.

— Witaj, Kristoff — odpowiedziała cicho Elsa. — Mam nadzieję, że w niczym ci nie przeszkodziłam? — chciała się upewnić, a blondyn widział, że nie robiła tego z czystej kurtuazji.

Choć widywali się niezwykle rzadko i obracali w zupełnie różnych światach, darzyli się uprzejmą sympatią przez obopólną miłość do Anny.

— Jeśli mam być szczery, wasza wysokość, szykowałem się już do snu — odparł zgodnie z prawdą. — Ale w czym mogę służyć? — spytał prędko, łapiąc się na tym, że pierwsza część jego wypowiedzi mogła zostać źle odebrana.

Elsa uśmiechnęła się słabo, wyraźnie niezrażona jego szczerością, lecz Kristoff widział w jej oczach, że coś jest nie w porządku. Ich chłodny, lecz piękny błękit zasnuty był cieniem, przysłaniającym czające się w nim wesołe iskry. Był bliźniaczo podobny do tego, który ujrzał w Lodowym Pałacu, gdy przybiegł po Annę — jakby na barkach królowej spoczywał wiadomy tylko dla niej ciężar, osobista, wręcz intymna udręka, którą mogła zrzucić tylko ona sama.

— Proszę waszą wysokość w moje skromne progi. Co prawda nie jest pałac, ale obiecuję, że jest równie czysto i… — powiedział, odsuwając się z przejścia, lecz Elsa przerwała mu.

— Z chęcią skorzystałabym z twojej propozycji, lecz przyszłam tu z innego powodu. Musisz mi pomóc, Kristoff — wyznała cicho, jakby to on był królem, który mógł zwyczajnie jej odmówić, bez słowa wyjaśnienia.

— W czym, wasza wysokość? — zapytał ostrożnie. Bijący od niej niepokój był wręcz namacalny.

— Proszę, zaprowadź mnie do Doliny Żywej Skały, do Bazaltara.

Jej głos był tak cichy, że dopiero po chwili Kristoff zrozumiał o co chodzi. Nie mógł ukryć zaskoczenia, lecz widząc jej spojrzenie, ręce zaplecione na piersi oraz rękawiczki na zaciśniętych dłoniach, nie miał już wątpliwości, co jest powodem tak późnej wizyty.

— Już idę po Svena — oznajmił i zamknął za sobą na klucz drzwi chatki, po czym szybko pobiegł do stajni.

Sven wydawał z siebie ciche pomrukiwania oraz przytupywał nerwowo, równie zaniepokojony, co jego pan.

— Wszystko w porządku, stary, wybieramy się do rodziny — zapewnił, tarmosząc go energicznie za uchem.

Gdy wyprowadził go na zewnątrz, Sven natychmiast podbiegł do królowej, znów mając nadzieję na coś smacznego. Elsa nie pogłaskała go tym razem, wciąż mocno zaciskając dłonie, a renifer, widząc, że znów nic z tego nie będzie, parsknął dobitnie.

— Hej, trochę kultury! Będziesz wiózł na grzbiecie królową Arendelle! — zganił go Kristoff, na co Sven niechętnie odsunął się od Elsy i przybrał postawę, której nie powstydziłby się nawet pałacowy rumak czystej krwi.

*

Elsa z niepokojem podeszła do pomysłu pozostawienia swojego wierzchowca i przejażdżki na grzbiecie renifera, lecz gdy Kristoff oznajmił jej, że droga do Doliny miejscami bywa wymagająca i zdradziecka, nie miała wyboru. Blondyn ostrożnie złapał ją w talii i posadził bez wysiłku na grzbiecie renifera, jakby ważyła nie więcej niż puch. Sven obrócił swój rogaty łeb i spojrzał na królową inteligentnymi, przyjaznymi oczami, jakby chciał zapewnić, że wszystko będzie dobrze.

Wplotła palce w gęstą, sztywną sierść na jego karku i dała znak Kristoffowi, że mogą ruszać. Gdy zagłębili się w las, chmury uciekły na południe, odsłaniając pełną, srebrzystą tarczę księżyca. Dzięki niemu ścieżka prowadząca przez świerkowy bór była doskonale widoczna, a sam las przybierał w jego poświacie nową, mistyczną naturę. Wszystko, co znane w świetle słońca, teraz ubierało maski i kusiło by zgadnąć, jakie nowe tajemnice czają się za nimi, gdy świat przegląda się w srebrnym lustrze miesiąca.

Melodia drzew, którą cienkie gałęzie, niczym palce mistrza, wygrywały na strunach wiatru, niosła ze sobą echa nocy — odległe wycie, pohukiwania sów, trzepot niewidzialnych skrzydeł. Ten niemożliwy do zinterpretowania przez człowieka, pieczołowicie i bezbłędnie skomponowany nokturn sprawiał, że dusza ludzka unosiła się wysoko ponad firmament, chcąc płynąć swobodnie wśród marzeń, dopóki budzący się świt nie przywróci jej z powrotem do ciała.

Unoszący się w ciepłym powietrzu zapach igliwia, mchu i żywicy, otulał ciało niczym płaszcz, kusząc, by złożyć wszystkie troski w jego ramiona i zasnąć bezpiecznie z dala od wszystkiego co rani i smuci.

Elsa przez moment dała się ponieść magii tej nocy. Jej dusza natychmiast pobiegła do Lodowego Pałacu, manifestu wolności i samoakceptacji, gdzie pierwszy raz mogła zrzucić kajdany lęku. Uwielbiała wspominać to niesamowite uczucie, gdy każdy ruch jej ciała był perfekcyjny, a myśl posłusznie zamieniała się w lodowe filary, żyrandole i iglice.

Tym razem jednak wszystko było na opak — gdy zaczynała myśleć o swojej mocy, ona, zamiast stanąć w gotowości, korzystała z okazji by wymknąć się spod kontroli. Królowa skupiła się więc na rzeczywistości, dla bezpieczeństwa trzymając wyobraźnię na wodzy.

Sven, ku jej zaskoczeniu, potrafił poruszać się niezwykle spokojnie i delikatnie, więc już nie obawiała się upadku, a bijące od niego ciepło dodawało jej nieco otuchy. Kristoff szedł w milczeniu kilka metrów przed nimi, bezbłędnie znajdując właściwą drogę wśród zwodniczych krzewów i załomów skalnych.

Była mu wdzięczna, że nie zadawał pytań, choć miała pewność, że i tak domyślił się o co chodzi. Widziała krótkie spojrzenie, które rzucił na jej rękawice, rozpoznała jego pełny zrozumienia wzrok gdy połączył ze sobą wszystkie elementy tej zagadki. Teraz poczuła wstyd, gdy zorientowała się jak negatywnie postrzegała go do tej pory. Dzięki opowieściom Anny nigdy nie wątpiła, że jest bardzo inteligentnym mężczyzną, lecz mimo to wciąż uważała go za nieokrzesanego handlarza lodem, którego osobowość paradoksalnie spodobała się jej siostrze. Jeszcze niedawno nie poddawałaby tak bardzo w wątpliwość tej krytycznej oceny, lecz teraz musiała przyznać się przed sobą do błędu. Kristoff posiadał cechy, które bardzo sobie ceniła: był szczery, pomocny, lecz przede wszystkim nie udawał kogoś, kim nie był naprawdę. Dzięki Annie nabrał też dobrych manier oraz zaczął bardziej dbać o swój wygląd. Ściął włosy na krótko, a jego garderoba przestała składać się jedynie z jednej koszuli i pary spodni.

Królowa pomyślała nawet, że w porównaniu do dwulicowych, beztroskich i zapatrzonych w siebie książąt, jakich mnóstwo zdołała poznać już w pierwszym roku swoich rządów, Kristoff po przemianie wypadał o wiele lepiej jako partner dla łatwowiernej i nieco naiwnej Anny.

W tym momencie las skończył się, roztaczając przed nimi widok na szeroką, okrągłą nieckę, którą od północy i zachodu otaczały skały, a od wschodu, ciągnący się dalej w góry, iglasty bór. Trawa była tu skąpa, a miejscami całkowicie zanikała ustępując miejsca skałom i płaskim głazom, spomiędzy których co jakiś czas wystrzeliwały słupy gorącej pary. Odgłos, jaki wydawały przywodził na myśl szept, jakby ziemia i kamienie rozprawiały pomiędzy sobą o pradawnych, niezrozumiałych dla ludzi tajemnicach. To właśnie dlatego to miejsce zostało przed wiekami nazwane Doliną Żywej Skały.

Nagle Kristoff stanął jak wryty.

— Co się stało? — spytała Elsa i natychmiast chwyciła mocniej sierść Svena, który bez ostrzeżenia schylił łeb ku ziemi, jakby czegoś szukał.

— Przecież to niemożliwe… — blondyn mamrotał do siebie z niepokojem, rozglądając się nerwowo dookoła. Pobiegł do przodu, zaglądając za każdy głaz, lecz jego spojrzenie mówiło wszystko. Elsa poczuła nagły przypływ paniki. Samodzielnie zeskoczyła z grzbietu Svena, który natychmiast pobiegł za swoim panem.

— Co się stało? Gdzie są trolle? — spytała ponownie roztrzęsionym głosem.

— Nie ma ich! Zniknęły! — zakrzyknął z daleka Kristoff, nieco głośniej niż było to potrzebne, lecz jego głos odbił się jedynie od skał i powrócił bez odpowiedzi.

Elsie zakręciło się w głowie, jakby zaraz miała upaść. Czyżby jedyna nadzieja na uspokojenie mocy właśnie zgasła? Jej moc brutalnie wykorzystała nagłe uderzenie strachu. Rękawiczki powoli zaczęły sztywnieć od lodu, a królowa poczuła, że z każdą sekundą trudniejsze stawało opieranie się jej.

Wtem, Sven nagle uniósł łeb, a jego nozdrza zaczęły intensywnie falować. Nie czekając na Kristoffa, ruszył żwawo przed siebie, zwinnie manewrując pomiędzy głazami.

— Wasza wysokość! — zawołał blondyn, a Elsa ostatkiem sił spojrzała na niego. — Sven coś wyczuł, możliwe, że znalazł trolle!

Widząc jednak, że królowa jest na skraju wytrzymałości, podbiegł do niej i bez słowa, z pełnym zrozumieniem w oczach, ujął jej oblodzoną dłoń. To nie mogło powstrzymać nieposłusznej mocy, lecz ten gest wlał w serce Elsy nieco nowej nadziei.

Ominęli zupełnie puste miejsce, gdzie zwykle gromadziły się zwinięte w głazy trolle i wspięli się na graniczące z nim niewielkie wzgórze, którego szczyt był płaski jak stół. Sven stał tuż przy granicy zbocza i czekał na nich, jakby nie miał śmiałości postawić jeszcze jednego kroku.

Na wierzchołku, kilka metrów przed nimi znajdował się duży, kulisty kamień, a na nim siedziała dziwna, zgarbiona postać, wyraźnie odcinająca się na tle księżyca. Ciemnozielona peleryna, utkana z mchu i porostów spływała w nieregularnych splotach z jej półokrągłych pleców.

Bazaltar.

Elsa niemal bezgłośnie odetchnęła z ulgą i puściła dłoń Kristoffa, który bez słowa zabrał Svena i zszedł kilka kroków poniżej szczytu, by królowa mogła porozmawiać z jego przybranym dziadkiem na osobności.

Ostrożnie postąpiła kilka kroków do przodu i stanęła przy prawym boku przywódcy trolli. Zauważyła, że nawet siedząc wspierał się ciężko na długiej, drewnianej lasce wbitej w ziemię, jakby była ona jedyną rzeczą, która chroniła go przed upadkiem.

— Wiedziałem, że zjawisz się tutaj — powiedział, nie otwierając oczu. Jego głos był głęboki jak otchłań wieczności i twardy niczym górski fundament. Uderzył on Elsę swoją siłą i niezmiennością tak mocno, iż nie miała wątpliwości, że rozmawia z istotą przedwieczną, przy której wiedzy i mocy nawet jej potężna magia zdawała się być nic nie warta. Mimo to, jego zgarbiona postura i drżące ciało sprawiały, że wydawał się teraz bardziej bezbronny od dziecka i zmęczony od stuletniego starca.

— Bazaltarze — pozdrowiła go i ukłoniła się nisko, zupełnie jakby oddawała cześć innemu królowi.

— Wasza wysokość — odpowiedział cicho i z wysiłkiem otworzył oczy, które przeszyły Elsę na wskroś nieporuszoną mocą spojrzenia. Zdawało jej się, że widzi w nim wszystkie minione wieki, lata, dekady, miesiące, dni i godziny, zapamiętane w najdrobniejszych szczegółach. Niebezpiecznie byłoby zgubić się w tych oczach, gdyby płonęły tak jak je zapamiętała jako siedmioletnia dziewczynka. Teraz jednak z ich płomienia pozostał jedynie dogasający żar. Elsa nie potrafiła wykrztusić z siebie słowa na widok tej słabnącej w oczach potęgi.

Bazaltar wyciągnął do niej swą krótką, kamienną dłoń o czterech palcach, która trzęsła się jak w febrze. Elsa z trudem zdjęła prawą rękawiczkę i podała dłoń mistrzowi trolli, który z wysiłkiem przytknął ją do swoich kamiennych warg.

Królowa poczuła, jak przez całe jej ciało przechodzi prąd, a panosząca się w najlepsze moc momentalnie cichnie, jakby przestraszona. Inna magia, stara, pierwotna i potężna ostrożnie zajrzała w jej umysł i serce. Zamknięte drzwi w jej duszy nie były dla niej przeszkodą, lecz instynktownie omijała ona te najbardziej intymne. Gdy dowiedziała się już wszystkiego, Bazaltar puścił jej dłoń, a jego magia rozpłynęła się niczym mgła o poranku. Troll westchnął ciężko, jakby użycie magii okupił nadludzkim wysiłkiem, a jego dłoń opadła prawie bezwładnie.

— Magia nas zawodzi, Elso — rzekł ciężko. — Brak kontroli nad mocą nie wynika z jej buntu przeciwko tobie, ani nie świadczy o twojej słabości. Coś się obudziło, daleko stąd, co zakłóca równowagę magii.

— Co to takiego? — zapytała Elsa, wcale nie mniej zaniepokojona. Odruchowo splotła ze sobą dłonie na brzuchu.

— Nie potrafię tego dostrzec. Widzisz, Elso, trolle to stworzenia w całości zrodzone z magii dlatego całymi sobą odczuwamy jej zmiany. Magia czegoś się boi, jakby czuła się zagrożona. Wszystko, co potrafi nią władać, jest w jakiś sposób osłabione. Dlatego również twojej siostrze śnią się koszmary.

— Anna nie włada przecież żadną mocą — zanegowała królowa, lecz nie mogła powstrzymać drżenia na samą myśl, że Annę również mogłoby spotkać coś złego.

— Nie w takim wymiarze jak ty czy ja, ale jej ciało i dusza zostały naznaczone przez magię, dlatego ona również wyczuwa jej wahania — oznajmił Bazaltar spokojnie.

Na chwilę zapadło między nimi pulsujące od obaw milczenie.

— Czy jest jakiś sposób, by zapanować nad moją mocą? — zapytała w końcu Elsa czując, że rozwiązanie tego problemu nie będzie takie proste jak z początku jej się wydawało.

Bazaltar skłonił głowę i oparł ją ciężko o kostur, jakby chciał zasnąć. Dopiero po kilku minutach odetchnął ciężko, jakby w jego płucach zalegał piach, i odparł znacznie ciszej niż do tej pory:

— Nie jest to możliwe, dopóki magia nie wróci do równowagi. Żałuję, że nie jestem w stanie ci pomóc, wasza wysokość — przez tą bezradność bijącą z jego głosu nagle wydał się Elsie jeszcze starszy — lecz moja moc nie wykracza już poza ten głaz. Moje dzieci usnęły, a ja panuję nad ich magią, z której zostały stworzone, by nie zdołały zniszczyć siebie nawzajem.

Królowa niemal zachłysnęła się z podziwu. Może i Bazaltar wyglądał jak cień samego siebie sprzed kilkunastu lat, lecz myśl, że panował on nad rozszalałymi emocjami kilkudziesięciu swoich dzieci sprawiła, że Elsie niemal zakręciło się w głowie gdy zorientowała się z jakim wysiłkiem przychodzi jej opanowanie jej własnej mocy.

— Nie potrafię tego wyjaśnić, lecz twoja wyprawa przepełnia mnie głębokim niepokojem — powiedział nagle Bazaltar, wpatrując się w królową nieodgadnionym spojrzeniem. — Gdy dotrzesz na miejsce niebezpieczeństwo nie opuści cię na krok.

— Muszę tam płynąć, Bazaltarze — odparła zdecydowanie Elsa, starannie ukrywając niepokój, jakie wywołały w jej sercu te słowa. — Dałam słowo i nie złamię go przez wzgląd na osobiste problemy.

Ojciec trolli uśmiechnął się przelotnie, jakby z dumą, lecz nagle jednak jego oczy zaszły mgłą.

— Masz w sobie ogromną siłę, Elso — powiedział szybko i bełkotliwie, wbijając spojrzenie w martwy punkt przed sobą. — Trzymaj się przyjaciół i nie daj omamić się magii. Nie potrafię nic zobaczyć. Potrzebuję mocy... Muszę odszukać Fjerinę, nie widziałem jej dwieście lat. Wiesz, gdzie może być? — zapytał nieprzytomnie, zaciskając palce na kosturze tak mocno aż posypały się drzazgi.

— Bazaltarze! — wykrzyknęła Elsa, przestraszona tą nagłą odmianą, instynktownie złapała go za ramiona i nie zastanawiając się, sama spróbowała nawiązać połączenie ich mocy, przelewając swój żałosny chaos w chaos jego myśli. To jednak, co dostrzegła w jego umyśle sprawiło, że odskoczyła jak oparzona. Miała wrażenie, że gdyby jeszcze tylko chwilę dłużej stała w obliczu tego potwornego zamętu, popadłaby w obłęd. Mimo to, krótkie porażenie obcą mocą, na moment przywróciło Bazaltara do rzeczywistości. W tym momencie, zaniepokojony krzykiem, na wzgórzu zjawił się Kristoff. Bazaltar utkwił w nim pełne uczucia, zmęczone spojrzenie.

— Magia jest znacznie potężniejsza niż możecie sobie wyobrazić.

Jego ostatnie słowa zabrzmiały dobitnie i wyraźnie, lecz wzrok Bazaltara znów stał się mętny, a ciało zaczęło zastygać w bezruchu. Gdy tylko zamknął oczy i oparł czoło o kij, stał się jedynie kolejnym, zwykłym głazem pokrytym płaszczem z mchu i porostów. 

Treści społeczności są dostępne na podstawie licencji CC-BY-SA , o ile nie zaznaczono inaczej.